poniedziałek, 5 września 2011

Wakacje cz.1

Pierwszy tydzień naszych wakacji spędziliśmy w Toruniu. Od 9 do 13 sierpnia trwał tam Skyway -Międzynarodowy Festiwal Światła i udało nam się zdążyć na ostatni wieczór. Pokazy odbywały się w kilku miejscach. W fosie przy zamku ustawione były w kształt klucza wiolinowego małe plastikowe namiociki, w każdym z nich był tekturowy muzyk z instrumentem i kiedy stawało się przy namiociku, to słychać było muzykę instrumentu na którym "grał" będący w środku muzyk.


Na Bramie Mostowej wyświetlane były obrazy:

Pod Ratuszem były pokazy żonglowania ogniem:


Kościół Jezuitów otrzymał piękny wzorek w kropki:

A w środku występował austriacki chór Longfield Gospel - największa w Europie wspólnota śpiewająca muzykę chrześcijańską, gospel i spiritual.


Najbardziej interesujący pokaz odbywał się na Collegium Maximum, piękne kolorowe obrazy, przedstawiające historie budynku i nie tylko, tutaj kilka fotek, a dla zainteresowanych link do filmiku na You Tube, przedstawiający całość pokazu, warto go obejrzeć!




Pokazy odbywały się także na teatrze Baj Pomorski:

I były także podniebne światełka:

Tegoroczny festiwal był już trzecim i rzecz jasna nie ostatnim, mam nadzieję, że w przyszłym roku też uda nam się na niego trafić i może więcej zobaczyć, bo w tym roku nie wszystkie miejsca w których się coś działo zdążyliśmy odwiedzić, wszystkich instalacji świetlnych było aż 11! Festiwal bardzo nam się podobał, szkoda tylko, że odbywał się w takim dziwnym terminie, bo od wtorku do soboty, a przecież był akurat długi weekend i gdyby był w terminie 11 - 15 to na pewno więcej ludzi miałoby możliwość go obejrzeć. To na dzisiaj wszystko, ale nie ma obawy, jeszcze będę Was zamęczać swoimi wspomnieniami z urlopu!

środa, 31 sierpnia 2011

Wróciłam.

Witam wszystkich, szczególnie nową obserwatorkę Ankeskakankę! Strasznie zarósł mi ten blog kurzem, no ale cały miesiąc nie było mnie w domu, wpadałam tylko 2 razy na 1 dzień, aby zrobić pranie i przepakować manele, po 10 dniach na działce miałam dwa wyjazdy - jeden na północ (no północny zachód raczej), drugi na południe, zrobiliśmy około 2000 km i prawie 2000 zdjęć, jak tylko nieco się ogarnę postaram się ich trochę wrzucić, nie bywaliśmy w ciepłych krajach co prawda, ale szczerze mówiąc tropikalny upał mieliśmy i tu, a i tak Polska jest najpiękniejsza!
Teraz tylko chciałam opisać to, co zdarzyło nam się po powrocie do domu i przywróciło mi wiarę w ludzi, nieco zachwianą niestety różnymi niemiłymi wydarzeniami. Przyjechaliśmy do domu w niedzielę wieczorem, wypakowaliśmy manele z samochodu, zamknęliśmy go i poszliśmy do domu, a rano rozpoczęła się akcja pod tytułem "gdzie do licha są kluczyki?" Kluczyków nie było, więc wzięliśmy zapasowe i ....... podchodzimy do samochodu, mąż otwiera bagażnik...... a bagażnik jest otwarty, kluczyki leżą w środku!!! Byliśmy w niezłym szoku, widocznie mąż zgubił kluczyki, możliwe nawet, że przy samochodzie - wrzucając do kieszeni wrzucił obok po prostu, ktoś znalazł, kliknął pilotem i wiedział od którego samochodu są, więc wrzucił je do bagażnika, a mógł przecież odjechać w siną dal, a my nie mając kluczyków nie dostalibyśmy nawet odszkodowania.... Wiem, powiecie, że po prostu nie zamknęliśmy samochodu i zostawiliśmy kluczyki w bagażniku, ale tym razem jestem absolutnie pewna, że tak nie było, bo mąż kazał mi sprawdzić czy samochód jest zamknięty i szarpałam zarówno za bagażnik jak i za drzwi, więc jestem na 100% pewna, że był zamknięty! Dziękuję Ci nieznany dobroczyńco!!!
To na razie tyle, znikam, ale postaram się zaglądać tu częściej, zwłaszcza, że i trochę książek przeczytałam, więc wrzucę recenzje, aby ktoś nie pomyślał sobie, że czytam tylko i wyłącznie "Włóczykijki"!

niedziela, 7 sierpnia 2011

A ja sobie leżę pod….

No nie, nie pod gruszą, ale pod modrzewiem - wreszcie mam wakacje i korzystam z nich w pełni, czytam sobie na huśtawce pod modrzewiem, chodzę po lesie, zbieram grzyby, no i rzecz jasna polowania też nie zaniedbuję. Miałam oczywiście ogromne plany robótkowe – topik i bolerko z limonkowej Wirginii, zakładki, bo mocno się w nich przerzedziło, ale w TV niewiele, zwłaszcza, że dysponuję generalnie TVP1 i TVP2, czasem Polsat daje się oglądać, ale TVN już nie, a do robótek potrzebuję albo towarzystwa, czyli rozmowy albo telewizora, a że ani jednym ani drugim nie dysponuję, to pozostaje mi czytanie, co zupełnie mnie nie martwi, jako, że na co dzień na nie czasu trochę brakuje, więc nadrabiam zaległości!

Żaden parasol ani daszek nie jest potrzebny, bo u mnie występuje daszek naturalny:


A efekty polowania z aparatem są takie – dwa nowe motylki:


Pod wieczór, kiedy słońce zaczyna już zachodzić pięknie oświetla pajęczyny, trzeba upolować moment, kiedy akurat ładnie są oświetlone i jest szansa aby były widoczne na zdjęciu:


Udało mi się upolować też takiego ptaszka:

Dzięcioł złośliwiec – jak tylko ustawiam się z aparatem, to on natychmiast galopuje do góry, a akacja na której próbuję go upolować jest bardzo wysoka, więc po chwili znika mi na jej szczycie.

Zbliża się jesień, w lesie już tak dużo żółtych liści leży, a na moje leszczyny, zaczynają przybiegać takie rude paskudy, dzięki którym nigdy nie udaje nam się zebrać laskowych orzechów – wszystkie nam wynoszą!

Na dzisiaj tyle, bo internet mam przez telefon i ślamazarzy mi się okrutnie!

Ewa Bauer "W nadziei na lepsze jutro" - recenzja

Książka przeczytana dzięki wydawnictwu "Radwan" i akcji "Włóczykijka"

Z okładki "Powieść „W nadziei na lepsze jutro” przedstawia historię młodej kobiety, która bardzo pragnie być szczęśliwa. Pomimo przeciwności losu i osobistych tragedii, jakie ją spotykają, wciąż wierzy, że prawdziwa, wierna i uczciwa miłość istnieje. Losy Anny przeplatają się z losami dwóch innych kobiet, których życie również nie układa się tak, jakby sobie tego życzyły. Bohaterowie powieści przechodzą metamorfozy, podejmują różne – nie zawsze słuszne – decyzje. Prowadzą wieczną walkę dobra ze złem. Emocje w tej książce grają główną rolę. Czy w poszukiwaniu miłości wolno wszystko?"

To książka o uczuciach, emocjach, także we mnie budziła wiele emocji – żal było mi Anny, tak łatwo zdradzonej przez Roberta, żal Sabiny, jego pierwszej miłości, na której życiu tak mocno zaważyła decyzja jej ojca o wyjeździe do Niemiec – wyszła za mąż bez miłości, życie jej nie oszczędzało, ale cały czas uczucie do Roberta było w niej żywe, żal Heleny, pięknej, znanej, ale nie mogącej znaleźć swego miejsca w życiu, wściekła byłam na Roberta.

Jeden mężczyzna i trzy kobiety. Spokój idealnej z pozoru rodziny burzy wizyta byłej miłości Roberta, z młodszą siostrą. Szczerze mówiąc zdumiał mnie pomysł Sabiny, aby w czasie miesięcznej wizyty w Krakowie zatrzymać się u byłego ukochanego i jego żony, przyznam, że mnie coś podobnego nie przyszło by do głowy! Robert to przystojnym mężczyzna, ma powodzenie u kobiet, ale dotychczas był wierny żonie, dlaczego tak łatwo uległ pokusie i zdradził ją z Heleną – piękną i młodą? Dlaczego uległ Sabinie – czy z powodu wspomnień? Kochał ją, ale to było dawno, teraz przecież kocha Annę, tymczasem pod nieobecność żony, opiekującej się chorą matką, zachowywał się jakby Anna nie istniała, jakby wrócił do dawnych czasów i znowu był z Sabiną. Co byłoby, gdyby Anna nie przyłapała ich na gorącym uczynku? Czy Robert miałby odwagę przyznać się do zdrady? Jak wyglądałoby ich życie? Czy Anna dobrze zrobiła wracając do niego, czy jego wielomiesięczna walka o jej powrót naprawdę wynikała z miłości? Dlaczego ich małżeństwo nie przetrwało próby czasu, a właściwie rodzicielstwa? Jak bardzo nie tylko ich życie ale i ich samych zmieniła wizyta Sabiny i wszystkie związane z nią wydarzenia? To pytania które zadawałam sobie po lekturze książki, ale lektura sprawiła także, że zastanowiłam się, jak ja zachowałabym się w takiej sytuacji? Odpowiedź na to pytanie rzecz jasna zachowam dla siebie ;-)

Książka kończy się zaskakująco, jak dalej potoczą się losy Anny i Roberta? Czy ich małżeństwo przetrwa kolejne próby? Na odpowiedzi na te ostatnie pytania muszę poczekać, aż ukaże się drugi tom książki, który na pewno przeczytam, książka podobała mi się, zainteresowała mnie bo przecież poruszane w niej problemy mogą dotyczyć każdego z nas, polecam tę lekturę, mimo, że zdradziłam wiele z fabuły, ale i tak warto sięgnąć po nią! Jak na tak niepozorną, liczącą tylko 163 strony książkę, zawiera bardzo dużo, "skondensowanej" treści i wiele się w niej dzieje!

wtorek, 26 lipca 2011

Toruń

Jak zwykle, nie mogę jednorazowo ograniczyć się do jednej notki, ale dzisiaj bez szaleństw, więcej już nie będzie.
Ostatni weekend spędziliśmy w Toruniu, który stwierdzić muszę, pięknieje z dnia na dzień i na prośbę mojej kochanej teściowej i dla Grażynki, kilka zdjęć wrzucam. Fotografowanie Torunia nie jest łatwe - wszędzie są tłumy ludzi, więc wielu miejsc które miałam ochotę utrwalić nie zdołałam "beztłumnie" sfotografować - nadrobię innym razem, jako że w sierpniu zamierzam tam spędzić cały tydzień, więc w dzień powszedni zapewne ludzi będzie nieco mniej. A na razie:














Zdaję sobie sprawę, ze te zdjęcia nie oddają w pełni urody Torunia, ale może chociaż trochę pokażą jego urok? Spacery po tym pięknym mieście dostarczają mi dużo przyjemności i cieszę się, że mogę tam bywać co miesiąc! Za każdym razem odkrywam coś nowego, ale wiem ile jeszcze pięknych miejsc mam do odkrycia.

Katarzyna Sarnowska "Smak życia" - recenzja

Książka przeczytana dzięki Ludowej Spółdzielni Wydawniczej i akcji "Włóczykijka"

Z notki o książce:
"Smak życia, kolejna książka autorki tomu poezji "I Grając ze śmiercią", to kameralna powieść o delektowaniu się życiem i odkrywaniu w sobie odwagi do sięgania po więcej. Jest to książka o poszukiwaniu przyjaźni i 'wybijaniu' się na wolność. Niejako przy okazji Autorka chce rozbawić czytelnika zdarzeniami i okolicznościami życiowymi, które stały się udziałem bohaterki powieści."

Kalina ma prawie 40 lat, męża i dorosłego syna, ukończyła anglistykę, pracuje jako nauczycielka i tłumaczka oraz próbuje swoich sił w pisarstwie - napisała książeczkę dla dzieci, wydaną w niewielkim nakładzie i tomik poezji, który wydała własnym sumptem, ale nie przyniosły jej one ani rozgłosu, ani pieniędzy. Kalina przetłumaczyła także z angielskiego książkę, która ją zafascynowała i zapragnęła podzielić się nią z innymi, nie mogąc jednak znaleźć wydawnictwa, które chciałoby tę książkę wydać, za radą przyjaciółki zakłada własne wydawnictwo i po wielu trudnościach wydaje książkę. Walka o to, aby książka trafiła do czytelników jest długa i ciernista, zwłaszcza, że Kalina jest osobą niepewną siebie, w głębi duszy nie wierzącą w możliwość sukcesu - jej alter ego w postaci pojawiającego w szczególnie nerwowych momentach Dżina, podszeptuje jej, że nie ma szans na sukces, że się nie uda.... Na szczęście cały czas w walce wspiera ją kochający mąż i przyjaciółka, wreszcie książka zaczyna się sprzedawać, Kalina odnosi sukces, udaje jej się także odnieść zwycięstwo nad sobą, zyskuje pewność siebie, a Dżin trafia tam gdzie jego miejsce, czyli do lampy. Czytając życiorys autorki nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jeśli nawet książka, nie jest jej autobiografią, to losy Kaliny bardzo jej życie przypominają. Książka jest według mnie warta przeczytania, to książka, która pokazuje nam, że warto mieć marzenia i walczyć o ich spełnienie, nawet jeśli jest to trudne i wydaje się nieosiągalne.

poniedziałek, 11 lipca 2011

Zielono mi!

Jak mnie nie ma, to nie ma, ale jak już jestem to do znudzenia! Ale dzisiaj mam chwilę czasu, bo jutro zaczynam drugą część kursu, ciężko będzie, bo 4 razy w tygodniu po 3 godziny (zegarowe - lekcyjne 4!), plus prawie 2 godziny dojazd (około 50 min w jedną stronę) trochę się boję, czy dam radę, ale.... No dobra przyznam się - cieszyłam się, że dzisiaj koniec kursu (a trochę trwał, bo od marca), marzył mi się wyjazd na działkę, a tu wiadomość, że znalazły się środki na kolejną część kursu, ale czasu mało, bo tylko do końca lipca, nie chciało mi się bardzo, ale dziewczyny z mojej grupy wszystkie się zdecydowały, a grupę mamy super, no to i ja! Cieszę się, że jeszcze trochę czasu razem spędzimy, ale trzeba będzie mocno popracować aby nadążyć! Co prawda (uwaga - chwalę się) egzaminy (ustny i pisemny) zdałam na 5, ale tak naprawdę to lekcje często odrabiałam w tramwaju jadąc na zajęcia, a przed egzaminem w sumie uczyłam się może ze dwie godziny (mam nadzieję, że moje dzieci tego nie czytają!). No dobra, to teraz wracam do tematu posta -po obejrzeniu zdjęć wypieszczonej działki L. obiecałam dziewczynom z Różności z FT, że
" pochwalę się" na blogu moim działkowym buszem, jeżdżę tam bardzo rzadko, no ale ostatnio udało mi się wyskoczyć na całe 2,5 dnia, co prawda nie po to, aby walczyć z chwastami (zwłaszcza, że jest to walka nie do wygrania), tylko odpocząć, pójść na grzyby. A oto mój busz:


W tym roku zakwitną mi dwie juki:

Bardzo się cieszę, bo mają już sporo lat i wreszcie się namyśliły!

Działkę mam może niepiękną, ale za to balkon, od kiedy kupiłam sobie skrzynki z podwójnym dnem, wygląda nieźle:

W ramach odpoczynku na działce oddawałam się także ulubionej czynności, czyli..... polowaniu:






Ładną "zdobycz" udało mi się upolować? Niesamowite było to, że te trzmiele fotografowałam na programie makro, prawie dotykając je obiektywem, a one tak zapamiętale jadły, że nawet tego nie zauważały!
Tegoroczne lato nas nie rozpieszcza, ciągle pada i wieje, no ale może chociaż będą grzyby? Mam nadzieję, że w sierpniu uda mi się trochę posiedzieć na działce i oddać się czytaniu i grzybobraniu, bardzo mi się to marzy!