niedziela, 3 lipca 2011

Anna Walczak "Spalona róża" - recenzja


Książka przeczytana dzięki wydawnictwu Novae Res i akcji Włóczykijka.

Z notki o książce:
Madison Carpen i Daniel Broogins są przeciwieństwami.
Ona od zawsze biedna, poniżana i doświadczona przez los.
Nic nieznacząca.
On bogaty i pożądany, krętacz, kobieciarz. Drań.
Nienawidzą się.
Czy żyjąc pod jednym dachem, w mrocznym domu
i czarnej przestrzeni, pomimo przeciwności losu
I niebezpieczeństwa, uda im się…

Uwierzyć w miłość? "

„Anna Walczak ma 14 lat, mieszka we Wrześni i jest uczennicą drugiej klasy gimnazjum”

Byłam bardzo ciekawa książki, którą napisała tak młoda osoba. Nie uważam, że wiek autorki obliguje do zastosowania do jej książki taryfy ulgowej, na wielu blogach czytałam raczej krytyczne recenzje, ale mnie się podobała, nie jest to raczej książka dla ambitnych czytelniczek - ot romansidło do poczytania na popołudnie, trochę może ponure, ale z happy endem. Dwoje młodych ludzi, pochodzących z różnych światów, którzy początkowo są wrogami, żyjąc razem, w jednym domu, jako małżeństwo dla interesu - ona chciała uciec z biednego domu, od ojca alkoholika znęcającego się nad nią, on musiał ożenić się aby wygrać zakład - od nienawiści dochodzą w końcu do miłości. Historia może banalna, ale napisana zupełnie ciekawie, owszem, chwilami język jest trochę naiwny, postacie czasem zbyt płaskie, ale uważam, że jak na tak młodą osobę Anna Walczak ma zupełnie bogate słownictwo, niezłą wyobraźnię i chętnie przeczytam następne napisane przez nią książki, wierzę, że będzie się rozwijać i pisać coraz lepiej. Myślę, że książka powinna dalej wędrować w ramach "Włóczykijki", mam nadzieję, że znajdą się osoby którym będzie się podobała.

niedziela, 12 czerwca 2011

Publiczne dzierganie cd

Tak jak pisałam w poprzednim poście, ja publicznie dziergałam aż dwa dni. Wczoraj w parku przy placu Wilsona było nas aż sześć - tłum w porównaniu z zeszłym rokiem, kiedy byłyśmy tylko we trzy. Na fotce oczywiście tylko pięć osób, bo szósta, czyli ja - fotografuje!

Posiedziałyśmy sobie 2 godzinki, pogadałyśmy, podziergałyśmy, a ponieważ miałam ze sobą ciasto, to nakarmiłam koleżanki i.... wróbelki


Ponieważ ten nasz park jest miejscem cichym, spokojnym i stosunkowo mało uczęszczanym, więc niewiele osób nas widziało, dlatego uznałam, że aby dzierganie było bardziej publiczne, należy znaleźć miejsce, w którym jest naprawdę dużo ludzi, a takim miejscem jest na pewno Plac Zamkowy. Tak więc wymyśliłam dzierganie pod Kolumną Zygmunta, rzuciłam wczoraj hasło, ale tylko Jola zgłosiła chęć towarzyszenia mi, więc dzisiaj o 15 zasiadłyśmy sobie na schodkach pod Kolumną i dziergałyśmy.
Tutaj Jola, trochę słabo widoczna, bo w barwach ochronnych:

A tu ja, specjalnie zabrałam ze sobą mojego turkusowego Citrona, aby był widoczny:

Tutaj jesteśmy obie, chciałam zaznaczyć, że siedzę tu boso nie dlatego, że mi buty ukradli (tak fotkę skomentowało moje dziecko), tylko próbowałam sobie opalić białe paski od japonek na stopach. Słoneczka co prawda nie było za wiele, była nawet chwila, że mocno się zachmurzyło i bałyśmy się, że deszcz popada, ale na szczęście w końcu rozpogodziło się i nawet zrobiło się gorąco.
Spędziłyśmy pod kolumną dwie godzinki, ale muszę stwierdzić, że specjalnej sensacji nie wzbudzałyśmy (ten zapatrzony pan z lewej to niestety nie zadziwiony kibic, tylko osobisty mąż Joli, który wpadł z synem, aby pstryknąć nam wspólną fotkę i zabrać Jolę do domu), załapałyśmy się co prawda na kilka fotek, ale to chyba bardziej przy okazji. Z tego wniosek, że warszawiaków po prostu nic nie jest w stanie zadziwić, może gdyby było nas więcej, to tłumek wywołałby większe wrażenie. Żałuję, że nie wydrukowałyśmy sobie plakatu z poprzedniego postu, może wtedy zainteresowanie byłoby większe? Miałam nadzieję, że ktoś jeszcze do nas dołączy, ale niestety, na Szarotkach wydawało się, że więcej osób jest zainteresowanych imprezą, ale cóż, może za rok?

piątek, 10 czerwca 2011

Publiczne dzierganie.

World Wide Knit In Public Day is the largest knitter run event in the world.

Each local event is put together by a volunteer or a group of volunteers


This year celebrated from 11th of June to 19th of June



Jutro rozpoczynają się dni publicznego dziergania, niby bardziej na drutach, no ale szydełko też chyba nie jest zakazane. Dawniej był to tylko jeden dzień, teraz cały tydzień - od 11 do 19 czerwca.W tym roku warszawianki jakoś słabo się zorganizowały, dobrze, że Teresa wyznaczyła nam spotkanie jutro o 16 w Parku Żeromskiego, przy Placu Wilsona, na ławeczkach przy fontannie. W zeszłym roku spotkałyśmy się w sobotę w tym właśnie miejscu, byłyśmy tylko we trzy, sensację wzbudzałyśmy umiarkowaną, bo i ludzi tam niestety nie za wiele. Ciekawe, czy w tym roku uzbiera się nas więcej, bo przecież sporo nas "Szarotek" mieszka na Bielanach i w okolicy. W zeszłym roku było też spotkanie w niedzielę, w Łazienkach, na widowni "Teatru Na Wodzie", w którym uczestniczyło trochę więcej osób. Nie wiem dlaczego w tym roku jakoś dziewczynom zabrakło zapału, jeśli nikt nie wymyśli nic innego, to ja chyba wybiorę się w niedzielę około 15 na Plac Zamkowy i podziergam sobie pod Kolumną Zygmunta, zdecydowanie jest to bardziej uczęszczane miejsce, a w końcu chodzi o to, aby propagować ideę dziergania wśród ludzi nie interesujących się tą dziedziną. Żeby tylko pogoda była nieco lepsza niż dzisiaj, bo do siedzenia na świeżym powietrzu i dziergania powinno jednak być trochę cieplej. Szkoda, że nie mam akurat zaczętej jakiejś większej robótki na drutach, no chyba, że zabiorę swojego "Citrona", któremu został tylko ostatni rządek do zrobienia i leży sobie i czeka na to dość długo, bo ja ostatnio dłubię szydełkowe kwiatki i zakładki, czyli rzeczy mało efektowne i pewnie mało zwracające uwagę, no ale jakiegoś wielkiego szala do jutra raczej nie zrobię, więc zabiorę swoje drobiazgi. Może ktoś jeszcze dołączy do nas? Zapraszam! Miło byłoby, gdyby zebrało się większe grono osób.

wtorek, 7 czerwca 2011

Jak dobrze mieć gości!

W weekend mieliśmy "przyjezdnych " gości i w związku z tym, że trzeba było pokazać im trochę stolicę, w której nie byli już ładnych parę lat, pojeździliśmy trochę po mieście. Przede wszystkim, trzeba było skontrolować postępy na budowie Stadionu Narodowego:

Następnie sprawdzić, na jakim etapie jest Świątynia Opatrzności Bożej:

Próbowaliśmy jeszcze policzyć pawie w Parku Łazienkowskim, strasznie były złośliwe i żaden nie chciał pokazać nam się w pełnym "rozkwicie":


A na koniec dnia, udaliśmy się na pokaz możliwości naszego nowego Multimedialnego Parku Fontann na Podzamczu:




Muszę przyznać, że takich tłumów, jakie tam były, dawno nie widziałam, staliśmy w sporej odległości od fontann, a przed nami było morze ludzi, każdy kawałek terenu był zajęty! Mnóstwo było ludzi z małymi dziećmi, mimo, że pora była późna - pokaz rozpoczynał się o 21.30! Muzykę niestety kiepsko było słychać, co daje się zauważyć na filmikach, które próbowałam nagrywać aparatem - słychać tam głównie rozmowy dookoła nas, szczególnie jedną panią, namiętnie rozmawiającą przez telefon!
Ponieważ fontanny w nocy i w tłumie były raczej mało widoczne, więc w niedzielę zrobiliśmy sobie spacerek na Stare Miasto:

i poszliśmy zobaczyć, jak właściwie te sławetne fontanny wyglądają, szczerze mówiąc, niezbyt imponująco:

(A tutaj powiększenie kawałka górnego zdjęcia, dobrze widać, co jest napisane na tej żółtej tablicy i jak się wszyscy tym przejęli, prawda?)


Wydaje mi się, że Multimedialna Fontanna we Wrocławiu jest większa! Co prawda, tam nie udało mi się doczekać, do tego najważniejszego pokazu, bo byłam zmęczona po podróży, a poza tym strasznie gryzły komary, ale takie odnoszę wrażenie.

No i tyle było wizyty, goście wrócili do domu, ale wracając do tytułu posta - dobrze mieć gości, bo przy okazji ich oprowadzania, jest okazja samemu zobaczyć co słychać i widać w mieście nowego, bo tak to nie ma czasu, nie chce się z domu ruszyć i niewiele z mieszkania w Warszawie wynika. Dlatego bardzo lubię gości!

poniedziałek, 6 czerwca 2011

"Bajki dla niektórych dorosłych" - recenzja



Karol Arentowicz "Bajki dla niektórych dorosłych", książka przeczytana dzięki akcji "Włóczykijka" i wydawnictwu IMG Partner.

Książeczka niewielka, składająca się z dwóch części - "O nim" i "O niej", nietypowo dwie okładki po dwóch stronach książki - a więc każde opowiadanie jest jakby osobną książeczką - 2 w 1. Myśl jaka nasunęła mi się po skończeniu lektury - "Anioły są wśród nas". Ale czy na pewno są? W końcu "Bajki" w tytule wiele mówią, bo czyż tacy ludzie - szlachetni, odważni, gotowi do bezinteresownej pomocy, nie myślący przede wszystkim o sobie, naprawdę istnieją? Czy są tacy wśród nas? Ja chyba takich w swoim otoczeniu nie mam (a może po prostu nie mieli okazji się wykazać), więc może to jednak bajka? Chętnie zapytałabym autora, czy Joasię i Pawła zna, czy ma podobne do nich osoby w swoim otoczeniu czy też wymyślił ich sobie, pragnąc, aby istnieli? Bo chyba nie ma ludzi aż tak wspaniałych, składających się z samych zalet? Książeczka skłania do refleksji, jak ja zachowałabym się będąc w takich sytuacjach jak jej bohaterowie? Czy potrafiłabym stanąć w obronie napastowanej przez chuliganów dziewczyny, pomóc ofierze wypadku, ofiarować schronienie ofiarom domowej przemocy, przeciwstawić się podpitemu "macho"? "Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono." powiedziała Wisława Szymborska i ja się z tym zgadzam, staram się nie mówić "ja w tej sytuacji postąpiłabym tak i tak", bo jeśli nigdy w takiej sytuacji nie byłam, to tak naprawdę nie wiem, jak bym postąpiła. Jednak dochodzę do bardzo dla mnie przykrej konkluzji - ja chyba (niestety) taka wspaniała jak Joasia i Paweł nie jestem! Książka bardzo mi się podobała i polecam ją wszystkim, bo nawet jeśli to tylko bajka, to piękna i warto ją przeczytać, zastanowić się nad sobą i może spróbować choć trochę zmienić się na lepsze?

czwartek, 2 czerwca 2011

Kartki na 18 i nie tylko.

Jak nie piszę, to nie piszę, ale jak już zaczęłam to nie mogę skończyć, ale mam sporo zaległości do odrobienia!
W niedzielę świętowałam potrójną 18 -a nawet potrójnie potrójną (he, he ciekawe kto zgadnie o co chodzi?). Nie będę Was już męczyć - były 3 szacowne jubilatki, które świętowały swoje...... no właśnie świętowały swoje 18, już trzecie zresztą (3x18 = ........), zdecydowanie trzecia 18 brzmi lepiej niż wynik tego mnożenia, prawda? Z tej okazji przygotowałam pamiątkowe karteczki, w końcu nie co roku kończy się 18 lat, prawda? Jakoś nie za często robię karteczki urodzinowe, czy imieninowe, raczej świąteczne, no ale tym razem uznałam, że taka okazja wymaga pamiątki!


Zrobiłam też karteczkę dla Yoasi na 40 urodziny. Fotka podkradziona z jej bloga, bo ja chyba zdjęcia robiłam, ale dużym aparatem i nie chce mi się ich wyciągać, te które dzisiaj wrzuciłam, były robione telefonem, do którego kabelek zawsze mam pod ręką, ewentualnie przy okazji podmienię.
Na tym chyba dzisiejszą działalność zakończę, jakoś kiepsko mi blogger działa, nie bardzo chce mnie słuchać i fotki wklejają się trochę dziwnie, powinnam jeszcze zamiescić recenzję "Bajek", ale to już może innym razem!


To był tydzień!!!

Przede wszystkim witam nowe obserwatorki: Ewę M., MO, Lucynkę, z głową w książce i Klarę! Nie myslałam, że liczba obserwatorów przekroczy 10!
Strasznie zaniedbałam bloga, jakoś ostatnio nie mam na nic czasu, a jeszcze upał odbiera mi resztki energii, zostałam jednak zmobilizowana przez moją ulubioną czytelniczkę (Elu - ucałowania), która narzekała mocno, że zagląda na bloga i zagląda, a tam nic nowego, więc piszę!
Muszę się pochwalić, że w zeszłym tygodniu dostałam dwa przesympatyczne prezenty - w poniedziałek po powrocie do domu wyjęłam ze skrzynki awizo, byłam zła, że trzeba będzie iść na pocztę, ale okazało się, że mój niezawodny pan listonosz jak zwykle wrócił do mnie, po skończeniu pracy, aby sprawdzić, czy nie uda się jednak przesyłki doręczyć i na szczęście syn był już w domu i ją odebrał. Ucieszyłam się bardzo, że spacerek na pocztę mnie ominie, wzięłam do ręki kopertę, otworzyłam, a tam:
Pani Kasia Michalak tak, jak obiecała mi na targach, przysłała mi "Zmyśloną" z przesympatyczną dedykacją w dodatku! Bardzo się cieszę i dziękuję Pani Kasiu, jest Pani naprawdę cudowna!
Następny prezent dostałam w środę i ucieszył mnie też ogromnie - jak pisałam wcześniej, brałam udział w Wielkanocnej wymiance u Lucynki i nie dostałam prezentu, więc kochana Lucynka przysłała mi prezent pocieszenia i szczerze mówiąc, nie wiem, czy ten właściwy prezent ucieszyłby mnie aż tak bardzo jak ten, bo Lucynka spełniła moje marzenie - dostałam (no dobrze, właściwie to wyżebrałam!) od niej...... karczoszki, marzył mi się jeden, a dostałam aż trzy!!! Piekne, cudowne karczoszki, zakładeczkę, no i rzecz jasna jeszcze coś na osłodzenie życia, oto mój prezent:
Prawda, że super? Bardzo, bardzo Ci dziękuję, Lucynko!
Na koniec dotarła jeszcze do mnie następna "Włóczykijka", więc tydzień miałam pełen niespodzianek! Na zdjęciu książka z zakładeczkami i książka z czymś do osłodzenia życia i czymś do picia przy lekturze, to jedna książka, nie dwie, chociaż tak mogłoby się wydawać :-)



poniedziałek, 30 maja 2011

"Efekt kobiety" - recenzja


"Efekt kobiety" Małgorzata Kalinowska, książka przeczytana dzięki akcji "Włóczykijka" i wydawnictwu Novae Res.

Z notki o książce:
"Efekt kobiety opowiada...

...O zgłębianiu sensu życia, mocowaniu się z egzystencją, odkrywaniu innego niż narzucony kobiecie los, gdzie jest ona podporządkowana mężczyźnie...

...O ucieczce od rutyny - nawróceniu, spełnionych nadziejach,
a także o odkrywaniu mistyfikacji, kłamstw i prawd...

...O poznawaniu nowych światów, odmiennych od tych,
w których dotąd żyła...

Łaknęła go coraz bardziej, łaknęła nieoczekiwanych, nieznanych jej dotąd dreszczy, spadających na nią niczym lodowate ogromne krople wody, rozbryzgujące się echem w pamięci. Jej dotychczasowe doznania były tylko krótkimi, nic nieznaczącymi, bezbarwnymi spazmami... Nikt nie całował jej, szepcząc jednocześnie, jakby wkładał swoje myśli w jej usta, które zdawały się nabierać smaku i kształtu. Te pocałunki były jak wzorzysty chłodny jedwab, połyskujący na tle błękitnego nieba.

...O miłości...

Małgorzata Kalinowska z zawodu jest ekonomistką, a z zamiłowania podróżniczką, malarką i poetką. Zadebiutowała tekstami w młodzieżowej gazecie „Sztandar Młodych”. Efekt kobiety jest jej pierwszą dużą formą prozatorską. "

Małgosia jest piękna, zgrabna, bogata, otoczona tłumem wielbicieli, ale nie ma szczęścia ani do mężczyzn, ani do przyjaciółek. Mąż znęca się nad nią psychicznie, ale i fizycznie i zdradza ją z każdą napotkaną kobietą, szczególnie z prawie wszystkimi jej przyjaciółkami, z jedną nawet będzie miał dziecko. Małgosia wiele lat wybacza mu wszystko, usprawiedliwia wszystkie jego postępki, ukrywa problemy przed bliskimi. W końcu jednak ma dosyć, rozwodzi się z mężem, spotyka mężczyznę, który kocha ją bezwarunkowo, chce z nią być, ale ona..... nie potrafi go pokochać. W międzyczasie okazuje się, że Małgosia ma raka, udaje jej się zwyciężyć chorobę, ale w szpitalu zakochuje się w swoim lekarzu, który niestety jest żonaty. Bohaterka miota się między 3 mężczyznami - bo podejmuje też próbę powrotu do męża, który na wiadomość o jej chorobie dochodzi do wniosku, ze ją kocha i chce z nią być, szkoda, że dobrych chęci nie wystarcza mu na długo. Jak się to wszystko kończy nie będę oczywiście ewentualnym czytelnikom zdradzać. Jakie są moje odczucia po tej lekturze? Przede wszystkim, trochę ciężko mi się czytało, bo autorka "bez ostrzeżenia" przeskakuje z czasu do czasu, chwilami trudno zrozumieć o co w tym momencie chodzi, co kiedy się zdarzyło. Nie rozumiem wyborów Małgosi, próby powrotu do męża, znoszenia fałszywych przyjaciółek, ja zapewne postępowałabym inaczej, no ale to jej życie i jej decyzje! Książkę polecam, ale generalnie paniom, raczej nie jest to lektura, która mogłabym spodobać się panom, mimo sporej dozy erotyki!

sobota, 14 maja 2011

Targi Książki

Tak jak zapowiadałam wybrałam się dzisiaj na Warszawskie Targi Książki. Szczerze mówiąc, nie nastawiałam się na jakieś wielkie zakupy - ze względu na ceny książek rzecz jasna, chociaż gdyby trafiła się okazja cenowa, to czemu nie! Taka okazja trafiła się na stoisku wydawnictwa Nowy Świat - miły pan sprzedający zachęcał do targowania - jak targi to targi ( a nawet targował się za klientów), więc się potargowałam i nabyłam kilka książek za 60 zł - cena okładkowa 111!

Nabyłam też książkę za 5 zł (warto poznawać nowych autorów):

A także książkę nieznanej mi wcześniej autorki, która akurat podpisywała swoją książkę:

Ciekawe, czy po tych zakupach powiększy mi się (wcale nie małe) grono ulubionych autorek?
I to by było na tyle jeśli chodzi o zakupy. Z domu zabrałam kilka książek, aby zapolować na autografy autorek, które do ulubionych zaliczam już od pewnego czasu:

A tutaj autorki:
1. Pani Katarzyna Michalak (jestem pod urokiem Pani Kasi, jest doprawdy tak sympatyczną i ciepłą osobą, że już rozumiem dlaczego tak lubię jej książki)


2. Pani Agnieszka Podolecka (z którą miałam okazję zamienić kilka słów o jej nowej książce "Żar Sachelu" i obiecałam, że zamieszczę na blogu recenzję tej książki)

3. Pani Olga Rudnicka (kiedy tak młoda osoba zdążyła napisać tyle książek?)

4. Pani Małgorzata Gutowska - Adamczyk (też chwilę sobie miło porozmawiałyśmy, jako że mieszka wdzielnicy w której spędziłam dzieciństwo i młodość ....)

W planach miałam jeszcze zdobycie autografu Andrzeja Pilipiuka, do którego robię już drugie podejście, ale niestety, ze względów rodzinnych nie dotarł na Targi, więc nic z moich planów nie wyszło, ale nie tracę nadziei, do trzech razy sztuka?

Słyszę dookoła narzekanie na poziom czytelnictwa w naszym kraju, ale chyba nie jest aż tak źle, skoro na targach były takie tłumy ludzi, chwilami trudno się było przecisnąć, a większość dźwigała większe lub mniejsze torby książek.


W barku można było posiedzieć na siedzisku w kształcie bardzo apetycznego stosiku książek:

Na koniec pochwalę się swoimi zdobyczami zakładkowymi, na każdym stoisku było ich po kilka, więc wzbogaciłam się w ....... kilkadziesiąt, chyba zostanę kolekcjonerką!


Do domu wróciłam ledwo żywa, bo nadźwigałam się książek, nachodziłam się bardzo dużo, ale pełna wrażeń i naładowana pozytywną energią. Chętnie poznałabym jeszcze kilka z ulubionych autorek - na przykład Mariolę Zaczyńską i Maję Kotarską, ale niestety nie było ich na targach, może za rok?

piątek, 13 maja 2011

Książki

Ten wpis opublikowałam wczoraj, ale jakaś awaria bloggera spowodowała jego zniknięcie, ciekawe czy wróci i będą dwa? A oto on:
Wczoraj oddałam "Wyspę" w ręce następnej we włóczykijkowej kolejce osoby - Jjjon. Ponieważ mieszkamy w jednym mieście, uznałam, że zamiast wysyłać książkę pocztą miło byłoby, spotkać się, pogadać i przekazać książkę osobiście. Jjon też wyraziła ochotę na spotkanie, umówiłyśmy się niedaleko jej pracy, przekazałam książkę:

Oczywiście na samym przekazaniu się nie skończyło, wypiłyśmy razem herbatkę, miło pogawędziłyśmy i stwierdziłyśmy, że mogłybyśmy tak częściej, w związku z czym uprzejmie uprasza się SPOPA-owe władze, o odpowiednie kształtowanie kolejki ;-)
Na koniec odwiedziłyśmy razem fajną pasmanterię na pobliskim bazarku, nabyłyśmy piękne niteczki, no i niestety trzeba było się rozstać, bo Jjon musiała wracać do pracy. Spotkanie było naprawdę BARDZO sympatyczne, miałyśmy masę wspólnych tematów i niecierpliwie czekam na jeszcze!

Właśnie rozpoczęły się Warszawskie Targi Książki, jeśli nic nie stanie mi na przeszkodzie, planuję wybrać się tam w sobotę, może uda mi się upolować jakieś autografy, bo sporo lubianych przeze mnie autorek ma podpisywać swoje książki. Przy tej okazji wspominam oczywiście Kiermasze Książki sprzed lat, wtedy to była często jedyna okazja upolowania wielu, na codzień w księgarniach nie występujących pozycji. Teraz trudno w to uwierzyć, ale ceny książek wtedy nie były problemem, tylko ich zdobycie, w księgarniach bez znajomości nie było szans. Jakie to było szczęście wracać do domu z zapasem lektury na rok (czyli do następnego kiermaszu), tego dzisiejsza młodzież nie jest w stanie pojąć. W sumie to miało swój urok, te tłumy ludzi, bieganie do stoiska do stoiska - tu "rzucili" akurat to, tam coś innego.... Pamiętam jak wracałyśmy kiedyś z przyjaciółką z kiermaszu autobusem do domu, czytałyśmy świeżo nabyte książki Joanny Chmielewskiej i ryczałyśmy ze śmiechu, wzbudzając sensację wśród współpasażerów. Ech, łza się w oku kręci, przyjaciółka daleko, ceny książek zwalają z nóg...
Książki..... te papierowe, prawdziwe.... bez nich nie da się żyć. Te wszystkie e-booki, książki elektroniczne to zupełnie nie to samo, mnie czytanie na ekranie zupełnie nie pociąga! Co prawda w pokoju coraz ciaśniej, miejsca na nowe półki brakuje, ale ja nadal kupuję i kupuję, zawsze jeszcze gdzieś się wciśnie kolejną pozycję! Gorzej z finansami, no ale kupuję wyłącznie na Allegro (niestety), tam można czasem "upolować" książkę za całkiem niewielkie pieniądze i w ten sposób za kwotę za którą w księgarni kupiłabym jedną książkę mogę mieć co najmniej 3! Zazdroszczę tym, którzy dostają nowiutkie, pachnące książki od Wydawców i mogą czasem nawet przed oficjalną premierą zapoznać się z nową pozycją!

środa, 11 maja 2011

Podglądam

Jakiś czas temu podglądałam gołębie budujące gniazdo. Pan gołąb szukał gałązek, przylatywał, stawał na plecach pani gołębiowej siedzącej w gnieździe (nie będę się upierać, może to pan gołąb budował gniazdo, a ona znosiła patyki, zupełnie nie znam się na tym)


Przekazywał jej patyk i odlatywał

A ona długo kręciła się i szukała dla patyka najlepszego miejsca, po czym czekała na następną dostawę.






Dzisiaj miałam do odebrania książkę nabytą na Allegro, niedaleko mnie, ok 10 km zaledwie, więc korzystając z pięknej, letniej pogody pojechałam na rowerze. W mojej okolicy jest sporo ścieżek rowerowych, więc jeździ się nieźle. Jechałam sobie piękną asfaltową ścieżką, gdy nagle zobaczyłam tę oto tablicę, a za nią...... asfaltu nie było, tylko dziury! Mało nie spadłam z roweru z wrażenia, rozumiem, minęło już kilka lat, ale zawsze wydawało mi się, że dziury to są raczej samofinansujące.....
W powrotnej drodze, odwiedziłam dawno nie widzianą koleżankę, więc dzień miałam udany. Jutro (a właściwie to już dziś) też czeka mnie miłe spotkanie, więc bardzo się na nie cieszę.