Widok na trasę na Gdańsk i Wisłę:
Most Północny z daleka, w całej okazałości:
A tu panienka z różą przy stacji metra Młociny:

I chyba trochę mnie poniosło:
Szkoda tylko, że te kolorki długo nie będą takie śliczne i różyczki zrobią się bure...

Wracając do grzybów, to uzbierałam już sporo i mam kilka słoików suszonych, zazwyczaj robiłam duszone i zamrażałam, ale w tym roku jakoś wolę suszone, może dlatego, że nie bardzo mam miejsce w zamrażarce? Oprócz grzybów (zdjęć brak, bo żadnych tak pięknych ja te w poprzednim poście nie było) ostatnio w lesie spotkałam kilka takich sympatycznych stworzonek:
Chyba też łapią ostatnie promienie słońca? Jednego nawet o mały włos nie rozjechałam rowerem, którym wyprawiam się na grzyby w odleglejsze rejony, na szczęście obydwoje mieliśmy refleks i biedak uszedł z życiem!
W przyszłym tygodniu też planuję pojechać na działkę, tym razem zapewne wyruszę w środę i wrócę w czwartek, pewnie to już będzie ostatni raz, bo ileż może trwać ta piękna pogoda? Wkrótce zapewne będzie lało i wiało i jakoś trzeba będzie przetrwać te paskudne miesiące, byle do wiosny!
Czerwonego koźlaczka, czyli to co kocham najbardziej! Trochę co prawda był nadgryziony przez ślimaki, ale i tak absolutnie piękny! Potem jeszcze takie oto prawdziwki mi się trafiły:
Cudne! Największą frajdą w zbieraniu grzybów jest właśnie ten widok - taki przystojniak w kapeluszu, stojący sobie w mchu, piękny i dumny, aż szkoda go zrywać. No ale taki widok, też jest niezły:
Ładny efekt tych kilku godzin, prawda? Pogoda co prawda mnie nie rozpieszczała, padało przez dwie godziny, potem na godzinkę wyszło słoneczko, zaczęłam już co nieco wysychać, po czym zrobiło się ciemno i lunęło tak, że w 5 minut przemokłam do samego dna, więc nie miałam innego wyjścia, niż truchcikiem pobiec do domu i się przebrać. Na szczęście później znowu na chwilę deszcz się uspokoił, więc jeszcze trochę wyskoczyłam i upolowałam trochę podgrzybków. Teraz w całym domu pachnie grzybami, które mój wspaniały mąż pokroił i ułożył na suszarce, a ja snuję plany na następny tydzień, ma być lepsza pogoda, więc na pewno się wybiorę, może młody ze mną pojedzie? A może pojadę już w środę o 15, to będę miała ze 3 godzinki czasu zanim zapadnie mrok, no i calutki czwartek, bo powrotny autobus mam o 18.25! Zdecydowanie wolę jechać na grzyby w tygodniu niż w weekend, bo jest mniej ludzi, a w weekend, zwłaszcza kiedy ludzie się zwiedzą, że są grzyby, to tłumy w lesie jak na Marszałkowskiej. Wielki ten nasz las nie jest, więc robi się nieco za ciasno, a ja zdecydowanie wolę, kiedy w lesie jest pusto, cicho i spokojnie! No i rzecz jasna, kiedy świeci słoneczko, pachnie żywica, mogłabym tak chodzić i chodzić bez końca, zmęczenie czuję dopiero kiedy wrócę do domu. Ach jak ja kocham zbierać grzyby, co tam deszcz, szkoda tylko, że nie można ich zbierać cały rok!